30 czerwca 2014

Ślub w południowych Indiach - Dzień 3. Zaślubiny


















Dzień zaślubin zaczyna się bardzo wcześnie rano. W sumie dużo zależy od godziny na jaką wyznaczone jest zawarcie małżeństwa. Godzinę tą wyznacza horoskop, tak samo jak i datę. Dzień i godzina muszą być pomyślne. Na zaproszeniach ślubnych widać więc bardzo dziwne godziny ślubu typu: 10.23 lub jak w tym wypadku 11.35 rano. Dla mnie jednak dziwne jest, że pomyślne godziny są w zasadzie zawsze rano. Mąż mówi, że bardzo sporadycznie ślub odbywa się po południu lub wieczorem. 

Zanim młodzi dotrą na salę ślubów, już w domu zaczynają się rytuały. Pobudka jest około 5 rano, gdyż do domu przychodzi pandit żeby się pomodlić razem z rodziną. Panna młoda dotyka stóp wszystkich zgromadzonych w domu starszych osób, a Ci udzielają jej błogosławieństwa, po czym razem ruszają na miejsce zaślubin. 

Warto zaznaczyć, że opisywany ceremoniał jest typowy tylko dla tej konkretnej kasty, a mianowicie braminów mówiących w języku konkani. 

Także i tego dnia sala jest niczym teatr, choć odbywa się to w innej lokalizacji. Śluby odbywają się prawie zawsze na salach ślubnych, czasami też w salce przy świątyni, jednak takie miejsca przyświątynne są zazwyczaj zaniedbane i nie wyglądają aż tak okazale. Sale ślubów hinduistycznych są z kolei nadzorowane przez kapłanów, więc nie ma problemu. Piętro niżej znów była hala stołówkowa oraz kuchnia. Jedzenie gotowane jest tylko i wyłącznie przez osoby z kasty braminów i musi być wegetariańskie. 

Gdy panna młoda jest już na miejscu, wysłannik z jej rodziny musi pojechać po pana młodego, żeby sprowadzić go na salę. Rola poszczególnych osób w rodzinie podczas rytuałów jest bardzo ściśle wyznaczona. Wysłannikiem ma być brat dziewczyny, jeśli go nie ma najstarszy wujek od strony matki, jeśli go też nie ma to najstarszy kuzyn. Dalej już może nie będę się wgłębiać aż tak w szczegóły, ale to daje jakiś obraz skomplikowania rytuałów. Tak naprawdę, nawet sami zainteresowani się w nich gubią, dlatego całość jest wykonywana pod nadzorem kapłanów, którzy mówią co, jak i kto kiedy ma robić. 

Po przyjeździe na salę ślubów chłopaka z rodziną, zaczynają się wielogodzinne rytuały. Tego dnia zaczęły się w okolicach 7.00 rano. Nam udało się dotrzeć o 7.20, ale pierwsze kroki skierowaliśmy na śniadanie: idli, vada, sambar. 

Początkowo obydwie rodziny odbywają oddzielne rytuały, siedząc po dwóch różnych stronach sceny. 




















Dookoła porozstawiane są różne symboliczne przedmioty. Część rytuałów wymaga uczestnictwa kobiet z rodziny. 

Jedną z bardziej charakterystycznych części programu jest mielenie specjalnej mieszanki jedzenia w kamiennych starożytnych żarnach - takich jakie dawniej służyły w młynie do mielenia zboża. Podobno jest to symbol początku obowiązków jako pani domu. W Indiach do dziś, mało która dziewczyna przed zamążpójściem zajmuje się gotowaniem. A nawet jeśli umie coś ugotować, to na pewno nie jest to gotowanie na pełną skalę dla całej rodziny. Nauka gotowania jest jednym z obowiązków po ślubie. 

Rytuały ciągną się dalej długimi minutami. Każdy ma jakieś znaczenie, niestety mało kto wie jakie. Indusi powtarzają gesty i czynności automatycznie, często bez żadnego głębszego zrozumienia.

Następny punkt obchodów to słynna, symboliczna Kashi Yatra - (Kashi - czyli Varanasi najświętrze miejsce hinduizmu, yatra - w hindi znaczy podróż) pielgrzymka do Varanasi. Panna młoda w tym czasie przebiera się na zapleczu, a chłopak udaje że zmęczyły go te wszystkie rytuały, więc postanawia opuścić zgromadzonych ludzi, żeby odbyć pielgrzymkę. Nie mam pojęcia dlaczego ten rytuał wymaga niesienia parasolki. Podobno miała być taka tradycyjna, starożytna parasolka, ale jako że nie było, to była zwykła. Nikt nie był w stanie tej parasolki wytłumaczyć. Oprócz parasolki niesie też zawiniątko z dobytkiem, niczym włóczykij. Ojciec panny młodej musi go powstrzymać i przekonać, żeby jednak wziął ślub. Gdy chłopak jest już przekonany, kobiety z jego rodziny nakładają mu na oczy khol (obecnie udają, że nakładają bo żaden facet nie chce mieć na ślubnych fotkach czarne limo pod oczami).




















W międzyczasie następuje przerwa na drugie śniadanie. Chłopak i dziewczyna przygotowują się w osobnych pokojach do zawarcia ślubu. Godzina wyznaczona przez horoskop zbliża się coraz bardziej.

Udało mi się podpatrzeć przygotowania. Panna młoda miała osobistą stylistkę do układania sari, nakładania biżuterii i mocowania wieńca z kwiatów we włosach. Pani ta nakładała też makijaż. Niestety był on fatalnej jakości. Tanie chińskie paletki cieni i pudrów oraz beznadziejne dwa pędzelki. Moja domowa mała kolekcja makijażu na własny użytek jest o niebo lepsza niż zestaw, którym ta pani teoretycznie robi makijaż "profesjonalnie". To już chyba zależy od tego, jaką osobę się weźmie. Widziałam wcześniej też inne podejście do tematu i makijaż był u innej panny młodej super. 


























Strój ślubny zależy od regionu i zwyczajów oraz tradycji w danej społeczności. W zasadzie całych południowych Indiach do ślubu idzie się w jedwabnym sari. Panny młode nie noszą też welonów. Zamiast tego ich włosy ozdobione są kwiatami i biżuterią. W tym wypadku włosy przedłużone były sztucznymi pasmami i zaplecione w warkocz do pasa. Na warkocz wpina się misterną konstrukcję z prawdziwych kwiatów. Sari upina się w nietypowy sposób. Z tyłu materiał przechodzi między nogami. Wiązanie jest tak skomplikowane, że nie starcza materiału na górę ciała i w tym wypadku sari tworzy raczej skomplikowaną spódnicę. Na górną bluzeczkę nakłada się więc specjalnie ułożony szal. Akurat taki strój jest charakterystyczny dla kasty męża i na innych południowoindyjskich ślubach, na których byłam gościem, sari upięte było bardziej zwyczajnie. 

Warto zaznaczyć, że praktycznie cała widoczna biżuteria to prawdziwe złoto. Koszta złota na ślub przekraczają często znacznie zakup samochodu. Złoto, które dziewczyna jest w stanie udźwignąć na sobie idąc do domu męża, stanowi jej zabezpieczenie finansowe na całą resztę życia. Złoto jest jej własnością, nie męża. Złoto kupują jej rodzice, na co często muszą zacząć oszczędzać gdy dziewczynka jest dzieckiem. 

Gdy wszyscy są gotowi, a sesja zdjęciowa która nastąpiła w międzyczasie skończona, można przejść do kulminacyjnego punktu. 



Dziewczyna prowadzona jest przez matkę i ojca. Mandap - czyli główna, udekorowana część wystroju na scenie, jest miejscem kolejnych rytuałów i błogosławieństw z ryżem i wymianą prezentów.  






































Gdy rytuały przedślubne na scenie w końcu się zakończą... przechodzimy do głównego punktu. Ogromna sala ślubna zapełnia się gośćmi dopiero tuż przed zaślubinami, gdyż godzina podana była na zaproszeniach. Dziewczyna prowadzona jest wśród ludzi, a na koniec męska część jej rodziny niesie ją na scenę. Narzeczony już tam czeka za zasłoną. Obydwoje dostają ogromne łańcuchy z kwiatów. Chłopak stoi sam. Dziewczynę trzyma za ramiona z tyłu ojciec (pewnie, żeby nie uciekła! :D ). Kapłani głośno recytują. Dokładnie o 11.35 kurtyna opada i dziewczyna zakłada łańcuch z kwiatów na szyję chłopaka, a on na jej szyję. Przesąd mówi, że kto się ugnie przy zakładaniu będzie podporządkowany, kto będzie stał prosto będzie rządził. Wymiana kwiecistych łańcuchów ma takie samo symboliczne znaczenie, jak u nas wymiana obrączek. Oto zostali mężem i żoną!






































Niestety!! To wcale nie koniec rytuałów... Dalej mamy: dotykanie się czołami, nakładanie specjalnych ozdób na czoło, posypywanie ryżem, błogosławieństwa, dotykanie stóp.

Do bardzo ważnych momentów należy: nakładanie mangalsutry na szyję dziewczyny (naszyjnika symbolizującego kobietę zamężną) oraz nakładanie srebrnych pierścionków na jej drugie palce u stóp. 


Sporo obrzędów odbywa się przy ogniu. Para siedzi na tronie przed ogniem. Wsypują do ognia różne rzeczy. 

7 kroków wokół ognia. Bardzo znany rytuał, który zwłaszcza można obejrzeć na wielu filmach bollywood, tutaj także ma miejsce, choć nie jest to najważniejszy moment ceremonii. 

Dalej mamy karmienie się nawzajem bananami, znów niekończące się rytuały i błogosławieństwa. Oraz bardzo ważny i niezwykle długi moment sesji zdjęciowej. Na scenę ustawia się przeogromna kolejka. Każdy musi zrobić sobie zdjęcie z parą. Dopiero po fotce goście mogą iść na lunch. A po lunchu do domu. Większość gości przychodzi na 1-2 godziny. 

Rodzina niestety czeka i czeka... Pierwsi najeść mają się goście, których było około 2000. Zanim skończyli robić zdjęcia i zjedli minęła dobrze ponad godzina. Dopiero około 14.30 udało nam się dostać do jadłodajni. Znów wegetariańskie jedzenie na liściu. Tym razem był też bufet z talerzami i sztućcami, choć jedzenie to samo. Jednak w tamtym przypadku jeść trzeba na stojąco, trzymając talerz w ręku. Znając swoją niezdarność, wolałam usiąść i jeść ręką.

















Podczas gdy reszta gości od razu poszła do domu, my wróciliśmy się na salę. Panna młoda przebrała się w ostatnie sari i znów miały miejsce rytuały...

Państwo młodzi mogą iść coś zjeść dopiero na sam koniec, gdy goście poszli. Czeka wtedy na nich tylko rodzina. Zwłaszcza bracia (kuzyni) i ich żony są potrzebni, gdyż jadą później do domu dziewczyny aby ją pożegnać.

Niekończąca się kolejka do zdjęcia i po prawej panna młoda w ostatnim sari.



















Wszyscy już sobie poszli, my czekamy.
























Państwo młodzi dopiero teraz jadą razem w przystrojonym samochodzie. Celem jest dom panieński dziewczyny. Warto też zaznaczyć, że ślub zawsze odbywa się w miejscowości rodzinnej dziewczyny, nigdy u chłopaka. Rodzina żegna ją i udziela błogosławieństwa. Rodzina chłopaka z kolei, czeka aby zabrać ją do nowego domu. Każdy dostaje coś do picia i bakalie. Ostatnia modlitwa przed domowym ołtarzykiem. Pożegnanie z rodzicami i zabranie przygotowanej walizki. Kuzynka męża się poryczała, bo faktycznie ten cały moment był bardzo dziwny. Odjechać z jedną walizką do nowego domu. 

To jednak wcale nie koniec rytuałów...!!! Następne dni to dalszy ciąg. Trochę tego za dużo jak dla mnie :D 

I po ślubie.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...