7 sierpnia 2014

Mumbaj - Nasze miasto zakochanych

Bardzo lubię Mumbaj. Mam do niego przeogromny sentyment. Przede wszystkim to było moje pierwsze miejsce w Indiach. To właśnie w tym mieście poznawałam ten nowy indyjski światZszokowało mnie, ale też pozostawiło niezatarty ślad. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim takie nasze miasto zakochanych :)  Właśnie tam spotkałam w końcu na żywo swojego przyszłego męża. Chwila pierwszego spotkania pełna była emocji. Pierwsze chwile razem to jest coś czego się nie zapomina :) Po dotarciu z lotniska do mieszkania zeszło w końcu ze mnie całe napięcie. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozmawiać. Było już prawie rano jak w końcu zmogło nas zmęczenie. Pamiętam tylko że łóżko było bardzo twarde, a upał na tyle duży, że za przykrycie zamiast kołder mieli cienkie, przypominające prześcieradła koce. I tylko wiatrak u sufitu, coś czego wcześniej nie znałam, szumiał dla mnie strasznie głośno, a wiatr jaki powodował, sprawiał że ten kocyk cały się ruszał pod wpływem mas powietrza. Trochę mnie to rozpraszało i co chwilę rozbudzało, bo nie byłam przyzwyczajona, ale jednak zmęczenie za chwilę zwyciężyło. 

Przed wyruszeniem dalej na południe Indii spędziliśmy w Mumbaju, sami - a raczej prawie sami, 4 dni. Wujek zostawił mieszkanie wolne. Sam był z żoną na Goa. Tymczasem w mieszkaniu był też kuzyn tej żony. To właśnie on był naszym kierowcą z lotniska. On tam po prostu z nimi też mieszkał, zwłaszcza że wujek z ciocią dzieci nie mają, a poza tym ciotka często zostawała sama, gdyż wujek pracował za granicą. Przyszywany kuzyn przyjechał do Mumbaju kilka lat wcześniej za pracą. Pochodzi z Kerali i był naszą przyzwoitką :D Choć w sumie i tak całymi dniami go nie było. Tylko raz wieczorem poszliśmy razem na obiad. Jak się później okazało, był też wówczas nieopisanie zazdrosny. Nie dał jednak tego póki co w żaden sposób odczuć, a jak się raz upił zaczął mówić, że jestem jego siostrą!

Mumbaj to miasto, które odwiedziłam bodajże najwięcej razy. Z pewnością nie byłam tam jeszcze w wielu miejscach. Muszą one poczekać do następnej wizyty. Ponieważ rodzina męża rozsiana jest raczej w Nowym Mumbaju, jedynie jeden wujek rezyduje kilkanaście kilometrów od lotniska, to za każdym razem dotarcie do centrum na południu zajmuje mnóstwo czasu. A mówiąc mnóstwo, mam na myśli całe godziny! Za pierwszym razem pojechaliśmy autobusem miejskim, którym dotarcie do centrum miasta na południu zajęło bagatela 2 godziny. Wcale jednak na to nie zwracałam uwagi i ani trochę mi to nie przeszkadzało. Siedzieliśmy w końcu razem obok siebie i nie wiem w co bardziej wpatrzeni, w widoki czy w siebie. Czułam się jak pijana ze szczęścia. Prawdę powiedziawszy to wszystko mi się podobało, nawet rudery i śmieci i smród nad miastem tu i ówdzie. Świat był dla mnie wtedy po prostu wspaniały. Kto by pomyślał? W telewizji o Indiach mówiono raczej jak o trzecim świecie, a ja tam znajdowałam szczęście! Niewyobrażalne. 

Ludzie, wszędzie ludzie...


Budynek w renowacji, no proszę!




































Po tak długiej podróży w upale zdążyłam już opróżnić całą butelkę soku o smaku mango - Maaza, który od razu pokochałam bezgraniczną miłością. Pierwsze kroki więc skierowaliśmy do wodopoju. A tym wodopojem był sok z trzciny cukrowej z ulicy! Oho! pomyślałam, bo jednak czasami odzywał się taki złośliwy głosik z tyłu głowy, zaraz się zacznie... Soki z ulicy, syfiasta budka, zemsta maharadży czeka mnie jak murowana! Mój wybranek jednak mówi, że można, i że bezpieczny bo to sam sok z tej trzciny, plus limonka, plus imbir przeciśnięty przez praskę. Według niego to wręcz trzeba pić. Dodają też lód, ale trzeba powiedzieć, że nie chcemy.  Poza tym jak się okazało, to ja jestem osobą o mocnym żołądku. Przez całe 3 i pół miesiąca pobytu nic mnie w Indiach nie ruszyło. Za to mój Indus co i rusz siedział na kiblu :D Zwłaszcza w Mumbaju, woda dostarczana do do domów, w porównaniu do Mangalore, jest tragicznej jakości, a przynajmniej wszędzie tam gdzie my nocowaliśmy. Poza tym nawet po przefiltrowaniu ma dziwny smak i często czuć w niej chlor :/ 

Stoiska z maszynami do soku z trzciny cukrowej.



















A oto i soczek! 
Sok z trzciny cukrowej w Mumbaju ma po prostu wyjątkowy smak! Zawsze gdzieś obok stoisk zapalone są kadzidła. Ten duszący zapach kadzideł, który wdycha się pijąc sok daje niezapomniane doznania. Prawdę powiedziawszy sok do dziś nigdzie nie smakuje mi jak w tym mieście. Pijąc chociażby w Mangalore, jest dla mnie zwyczajnie za słodki. W końcu to trzcina cukrowa, z której robiony jest tutaj cukier. 

Gdy pragnienie zostało już zaspokojone, to zaraz pojawił się głód. No a skoro jesteśmy w Mumbaju to trzeba koniecznie zjeść coś miejscowego i kultowego, czyli vada pav. Prawdę powiedziawszy nie słyszałam o tym wcześniej. Okazało się, że jest to wegetariański burger, w którym pomiędzy przekrojoną na pół bułką jest "kotlet" ze smażonych w głębokim oleju ziemniaków z dodatkami. Niestety! Albo miałam pecha, albo to nie był dobry wybór na pierwszy dzień w Indiach. W pierwszym kęsie ugryzłam zielone chilli! Uczucie jakby właśnie w języku wypaliła mi się dziura. Żywy ogień w ustach. To było straszne. Od razu wyplułam i odmówiłam dalszego spożycia... Do dziś mam uraz, choć obecnie jadam raczej piekielnie ostro. Chociaż ostatnio już normalnie jadłam, więc chyba uraz mi przechodzi. Tymczasem mój indyjski wybranek miał specjalne zachcianki i dziwactwa. Otóż stwierdził, że vada pav jada bez bułki, bo nie lubi pieczywa... W taki oto sposób poznałam vada pav bez pav (bułka), a z samą vadą (kotlet). 


Vada pav bez bułki...


Hotel Taj Mahal obok Bramy Indii. To tutaj miał miejsce atak terrorystyczny w 2008 roku. 
Pod Bramą Indii wiecznie nieprzebrane tłumy. Miejsce stało się niesamowicie popularne po atakach terrorystycznych...
Tego pierwszego dnia miała też miejsce pewna sytuacja, o której warto wspomnieć. Siedzieliśmy na promenadzie nad morzem, nieopodal plac zabaw dla dzieci. Rozmawiamy zapatrzeni w siebie. Mój luby zaczął się jednak ze mną droczyć, więc ja się w końcu zirytowałam i powiedziałam, żeby przestał. Oczy wszystkich matek i starszych matron z placu zabaw od razu na nas! Zwłaszcza, że siedzieliśmy blisko, niemal przytuleni, co już samo zakrawało o nieprzyzwoite zachowanie. A tutaj jeszcze biała dziewczyna siedzi obok Indusa i mówi, żeby przestać! Kobiety były więc w pełnej gotowości, aby facetowi spuścić manto. Szybko się ogarnęłam, uśmiechnęłam do nich, zapewniając że wszystko jest ok. Usiedliśmy jednak porządnie, kilkanaście centymetrów od siebie, co by nie budzić wątpliwości i nie siać zgorszenia. 

W Indiach bowiem publiczne okazywanie sobie uczuć jest czymś budzącym zgorszenie i jest wręcz niedopuszczalne! O ile w bardziej nowoczesnych miejscach jak np. Mumbaj, trzymanie się za rękę przejdzie raczej bez problemu, to już rzeczy typu przytulanie, czy co gorsza pocałunki, absolutnie! To jest sianie zgorszenia! W tym konserwatywnym społeczeństwie trzeba o wiele bardziej myśleć o tym co wypada a co nie oraz ograniczyć swoje publiczne manifestacje uczuć do minimum. Choć sialiśmy jednak takie zgorszenie w Mumbaju kilka razy, to nic się nie stało, ale to pewnie kwestia szczęścia. 

Tego dnia musieliśmy już pomału wracać, zwłaszcza że czekała nas daleka droga. Na dużych dystansach lepiej przemieszczać się kolejką miejską. Do stacji trzeba jednak najpierw dotrzeć albo autobusem, albo taksówką. My musieliśmy dostać się do słynnej stacji Chhattrapati Shivaji Terminus, znanej raczej jako VT (czyt. wi-ti), od dawnej nazwy Victoria Terminus (na cześć angielskiej królowej Wiktorii).

Piętrowe autobusy zostały po Anglikach.
Mumbajskie taksówki.
VT nocą.
Tak to już pewnie jest, że każdy ma jakieś swoje szczególne miejsce. Mumbaj jest takim miejscem dla nas. Choć miasto samo w sobie budzi skrajne odczucia, to my prędzej zapatrzeni byliśmy wtedy sami w siebie. Z jednej strony Mumbaj mnie atakował swoimi doznaniami, a z drugiej byłam po prostu szczęśliwa. W końcu poznałam ukochanego, który okazał się lepszy w rzeczywistości, niż w internecie. Spędziliśmy niezapomniane chwile. Wpatrzeni w siebie przemierzaliśmy nieśpiesznie miasto, zatrzymując się co chwilę to tu to tam. To był czas tylko dla nas, dlatego znanych miejsc nie udało się wtedy zobaczyć zbyt wiele. Jednak dla nas i tak był to wspaniały czas.

W Mumbaju byliśmy jeszcze wiele razy. Nie zawsze udało się coś zwiedzić. Czasem trzeba było odbyć raczej rundkę odwiedzin po rodzinie. Często zamiast zwiedzania trzeba było coś załatwić, albo się z kimś spotkać. Poza tym do centrum Mumbaju na południu półwyspu jest dla nas niestety zawsze daleko. Mumbaj to przeogromne miasto-moloch. Tym bardziej, że zazwyczaj nocujemy w Nowym Mumbaju, więc czasem ograniczaliśmy się do tego terytorium i czas nam upływał na zakupach, czy siedzeniu w jakimś fajnym lokalu z kuzynami. 

Nowy Bombaj. Na jego obrzeżach są jeszcze puste połacie ziemi, na których za moment powstaną nowe wieżowce.
Przed dworcem kolejki podmiejskiej. Stacja Vashi.














Centra handlowe w dzielnicy Vashi.








Mumbaj na zawsze pozostanie dla nas naszym miastem zakochanych. To właśnie tam mój przyszły mąż mi się oświadczył. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, to bym stwierdziła, że to jest jakaś totalna abstrakcja. Jaki Mumbaj? Jakie Indie?! Totalny kosmos. A jednak tak się stało...

Musiałam jednak przylecieć do Indii drugi raz. Dopiero wtedy doczekałam się pierścionka :D Który zresztą sama wybrałam - internetowo. Wybrałam wzór, który mi się podobał. Jak się później okazało, pierścionek został zrobiony według tego wzoru, na zamówienie. Jakoś nie mogłam znieść myśli, że dostanę coś co mi się nie spodoba! Czyżby syndrom potrzeby nadmiernej kontroli nad sytuacją!? Gust mamy niestety w wielu kwestiach różny. Przyznaję też, że nie do końca lubię niespodzianki. Nie lubię dostawać rzeczy, które mi się nie podobają!

4 komentarze:

  1. Pięknie piszesz, jak dorwałam sie do twojego bloga to spędze przy nim chyba kilka dni czytając wszystkie posty ;-)
    To cudowne jak miejsce zapamiętujemy na podstawie wrażeń i odczuć. To co czułaś będą tam wtedy, było ważniejsze niż wszytsko dookoła ;-)
    Po przeczytaniu pierwszego zdania tego postu stwierdziłąm, że chyba mi się nie spodoba bo ja bardzo NIE lubię Mumbaju ;-) Mieszkałam tam ponad dwa lata i tam mnie zmęczył, że uciekałam z miłą chęcią. Praca w Mumbaju, przemieszczanie sie lokalnymi zatłoczonymi pociągami czy autobusami, wieczny tłum ludzi wokół i hindusi wpatrzeni w ciebie, bieda i slamsy - mnie niestety pozostały takie wspomnienia. Pisze to tylko dla porównania, jak różnie można odbierac te same miejsca ;;-) I zabieram się za czytanie dalszych postów ;-) Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak pochlebny komentarz!!! :D Mumbaj bardzo lubię pewnie właśnie dlatego, że tam nigdy nie mieszkałam :) Tak to chyba często jest, że miejsca odwiedzane bardziej turystycznie wcale nie są takie fajne, aby w nich mieszkać. W sumie to właśnie mniej więcej miałam też na myśl: miasto tak szokująco różne i przytłaczające dla nieprzygotowanej osoby z Europy, nie zostawiło we mnie złych wspomnień, gdyż przeżywałam wtedy raczej coś na kształt upojenia miłosnego lol Mogłam post chyba nazwać: miłość wśród slamsów :D
      Posty o Indiach na Waszym blogu przeczytałam od deski do deski, więc tym bardziej dziękuję za super komentarz :)
      Pozdrawiam Magda

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...